Geniusze szachowi – skazani na obłęd cz.2 (ostatnia)

Surrealistyczna szachownica- Bruce Rolff/pictorem.com

Choć pierwsza część tego artykułu (https://infoszach.pl/2019/12/07/geniusze-szachowi-skazani-na-obled-cz-1/) została opublikowana już dosyć dawno, by zakończyć rozważanie niniejszego tematu, postanowiłem powrócić na tablicę aktualności Infoszacha z garścią nowych, historycznych ciekawostek i anegdot, poruszających w pewnym sensie problem ,,szachowej psychozy” i wyjaśnić, na czym ona właściwie polegała oraz jakie były jej rzekome objawy.

Czy od gry w szachy można rzeczywiście zwariować?

W dzisiejszych czasach, jeśli już mówimy o ,,szachowym szaleństwie”, to zazwyczaj ma ono pozytywne znaczenie, które przejawia się w intensywnym studiowaniu arkanów królewskiej gry, poświęcaniu wielu godzin na treningach, rozgrywaniu niezliczonej ilości partii, notorycznym czytaniu literatury szachowej czy nawet dostosowywaniu swego sposobu i stylu życia do potrzeb podnoszenia swych umiejętności strategicznych w cyklu planowania dnia. Łatwo zauważyć, iż nie ma w tym nic zdrożnego ani złego, co spowodowałoby, że nasz umysł wjechałby na boczne tory. Tak właściwie, to jest wręcz przeciwnie. Dzięki systematycznemu doskonaleniu taktycznych zdolności przy szachownicy, miłośnik królewskiej gry może naprawdę wynieść z niej wiele dodatnich cech jak np.: cierpliwość, rozwaga, czujność, podejmowanie trudnych decyzji, radzenie sobie ze stresem, a przede wszystkim niezastąpiona umiejętność do samodzielnego myślenia. Oceniając swe predyspozycje, jak również analizując postępy swych wyników, skutków ubocznych w tych intensywnych studiach nad grą w szachy nie przewiduje się, lecz nie zawsze ,,szachowe szaleństwo” przybierało tak łagodny przebieg.

Czy zagłębienie się bez pamięci w dążenie do szachowej doskonałości może spowodować nieuniknione oderwanie się od prawdziwej rzeczywistości?/ Abstract Chess- Bruce Rolff- Pictorem.com

Na kartach historii szachów możemy odnaleźć kilka, jeśli nie kilkanaście przypadków, kiedy to ,,szachowa dewiacja” była przyczyną życiowych upadków nawet wielkich mistrzów. Wnikliwy sceptyk pewnie rzuci teraz z przekonaniem, że ,,ich cała ułomność psychiczna wynikała jedynie ze stanów nerwowych, spowodowanymi kiepską stopą życia oraz sytuacją materialną, co wiązało się z nasilającymi się kłopotami finansowymi”.

Doskonale zdajemy sobie sprawę, że żywot szachisty XIX-wiecznego, czy nawet z początków XX wieku, znacząco różni się od kariery zawodowego gracza z XXI wieku. W tamtych czasach, bardzo trudnym zadaniem i to nawet dla profesjonalnych zawodników było zapewnienie sobie ciągłych dochodów finansowych, aby móc godnie za żyć. Tych ludzi, których dosięgnął kryzys finansowy i nie potrafili się z niego wydostać, prędzej czy później dosięgał również kryzys psychiczny, który z czasem przybierał coraz to gorsze oblicze.

A może przyczyną ich załamania psychicznego było zupełnie coś innego…

Niektórzy stwierdzą pewnie, że to wszak nie problemy z długotrwałym brakiem gotówki, lecz współistniejące dolegliwości oraz choroby były głównym czynnikiem, który stopniowo wpędzał ich w ten niepoprawny stan psychofizyczny, a gra w szachy nie ma z tym nic wspólnego. Trudno się z tym nie zgodzić. Brzmi to całkiem sensownie, ale niech mi wolno zauważyć, iż gra w szachy, jakby na to nie patrząc, miała w tym wszystkim swój udział. Gdyby wielcy geniusze wybraliby inną drogę niż ścieżkę wybrukowaną sześćdziesięcioma czterema polami szachownicy, to kto wie… prawdopodobnie ich życie wówczas potoczyłoby się zupełnie inaczej.

Kończąc wątek teoretycznych rozważań, co do którego może część z was się nie zgadzać, gra w szachy w mniejszym lub większym stopniu może w pewnych okolicznościach – w dzisiejszych czasach jest to naprawdę dość rzadkie zjawisko – spowodować u niektórych zapalonych szachistów nieuleczalną psychozę umysłu niczym z filmu Alfreda Hitchcocka.

Czy to wszystko przez kłopoty finansowe, choroby, stany nerwowe…

Według mnie, główną rolę odgrywała w tym właśnie… gra w szachy.

#1 Stary mistrz nowej szkoły – Wilhelm Steinitz

Prawie cały dorobek pierwszego, oficjalnego mistrza świata w szachach oscyluje wokół stworzenia fundamentalnych podstaw nowego kierunku myślowego w sztuce szachowej, nazywanej aż po dziś dzień – grą pozycyjną. Po ugruntowaniu swej dominacji na królewskim tronie, Steinitz swoimi występami brylował na turniejach w Ameryce i na Starym Kontynencie. Choć mijały kolejne lata, a Steinitz robił się coraz starszy, to i tak z powodzeniem obronił trzy mecze o mistrzostwo świata, ale czwarty pojedynek – z Emanuelem Laskerem – przyniósł mu nieoczekiwane rozstrzygnięcie oraz skutki, których się zupełnie nie spodziewał.

Steinitz, który liczył wówczas 60 lat(!), nie potrafił sprostać wymaganiom, narzuconym mu przez młodego niemieckiego mistrza, liczącego zaledwie 26 wiosen. /Coolopolis.blogspot.com

Mecz z 1894 roku zakończył się triumfem niemieckiego szachisty, lecz mistrz z Wiednia natychmiast dążył do odzyskania tytułu. Starcie rewanżowe, do którego doszło dwa lata później, odbyło się w Moskwie, było dla niego jeszcze bardziej dotkliwe oraz druzgocące. Wygrał z Laskerem tylko dwie partie, a przegrał ich całą dziesiątkę.

Był to bardzo silny wstrząs dla Steinitza, który niebawem doznał załamania psychicznego, a w konsekwencji dla poprawy jego podłamanego zdrowia umieszczono go na ponad miesiąc w moskiewskim sanatorium – Korsakowska Klinika. Jak sam później twierdził, został tam skierowany wbrew swej woli. Po tak mocnym ciosie, przeciętny szachista zakończyłby karierę i udałby się na zasłużoną ,,emeryturę”, ale nie Steinitz.

Co było dalej…

W 1897 roku w Wiedniu, ukończywszy 61 lat, dokonał spektakularnego wyczynu, rozgrywając symultanę na ślepo na dwudziestu dwóch szachownicach, z czego siedemnaście partii zakończyło się jego zwycięstwem.

Zaś w 1899 roku w Londynie spotkał go kolejny, straszny cios, po którym już się nie pozbierał. W silnym turnieju zajął dalekie, jedenaste miejsce – po raz pierwszy w karierze miejsce nienagrodzone. Ktoś teraz może powiedzieć – i słusznie – że jego słaby występ wynikał po prostu z jego sędziwego wieku.

To prawda, lecz jak wytłumaczyć fakt, że kilka tygodni przed swoją śmiercią, Steinitz miewał coraz częściej okresy skrajnej irracjonalności oraz dziwnych złudzeń, wydawało mu się, że podczas gry na ślepo pochłania oraz emituje niejako prąd elektryczny, który może przestawiać figury na planszy i razić nim przeciwników, że za jego pomocą potrafi porozumieć się z kimkolwiek i to bez użycia telefonu, a najciekawsze w tym wszystkim było to, że próbował nawet skontaktować się z samym Bogiem, aby rozegrać z nim partyjkę szachów i na wstępnie oferując mu ponadto przewagę piona i ruchu.

Widząc, iż skutków tej ,,szachowej psychozy” nie sposób zwalczyć, jego żona oddała go do azylu dla obłąkanych na wyspie Ward’s Island w Nowym Jorku, gdzie zmarł bez grosza w 1900 roku.

#2 Polski kandydat do mistrzostwa – Akiba Rubinstein

Choć sam Rubinstein nie napisał ani jednej książki, to książek na jego temat powstało już bardzo wiele i sądzę, że w przyszłości jeszcze nie jedna o nim powstanie. Jak zapewne większości z was wie, w okresie międzywojnia – a w szczególności w latach 1912-1930 – na ziemiach polskich nie było lepszego szachisty niż Akiba Rubinstein. U szczytu swojej chwały wygrywał pojedynki z takimi geniuszami jak np.: Lasker, Capablanca, czy nawet wielki Alechin. Z przyczyn finansowych – tak dokładnie to chodziło o zapewnienie funduszu premiowego – nie dane mu było niestety rozegranie meczu o mistrzostwo świata.

W 1912 r. Rubinstein dokonał niesamowitego wyczynu, wygrywając z rzędu pięć, wielkich, międzynarodowych turniejów szachowych z bardzo silną obsadą, na zdjęciu pojedynek Lasker-Rubinstein/wspolczesna.pl

Przez całe życie uważany był za introwertyka. Stronił od rozmów, spotkań towarzyskich, a tym bardziej od hucznych zabaw. Uważa się, że cierpiał ponadto na antropofobię, czyli lęk przez ludźmi. Zbyt częste wizyty gości w jego domu powodowały, iż albo zamykał się w swoim pokoju, albo ukradkiem wymykał się z mieszkania, najczęściej przez okno. Czy ta choroba psychiczna lub raczej fobia wynikała z zamiłowania do gry w szachy – raczej nie – ale jak wytłumaczyć fakt, iż coraz częściej podczas rozgrywania partii szachów skarżył się na latającą nad nim muchę, która przeszkadzała mu się skupić, a której w rzeczywistości… nie było. Zaobserwowano również, iż nawet w niedoczasie po wykonaniu ruchu Rubinstein odchodził od stolika i ukrywał się w kącie sali przed swym rywalem, by w ciszy czekać na jego odpowiedź.

Choroba z biegiem lat nie ustępowała, a ponadto zauważono w niej także objawy poważnej schizofrenii. W 1932 roku całkowicie porzucił grę w szachy z powodu pogarszającego się stanu zdrowia, zaś ostatnie trzydzieści lat swojego życia spędził zupełnie zapomniany i osamotniony w różnych domach opieki społecznej oraz szpitalach psychiatrycznych.

Podsumowanie

Celem niniejszego artykułu nie było ukazanie ciemnych stron królewskiej gry, lecz przedstawienie kilku ciekawych przypadków z kart historii szachów. Proszę więc, by traktować ten wpis z przymrużeniem oka oraz jako swobodną interpretację autora wyżej wymienionego tematu. Dla ścisłości, to coś takiego jak ,,szachowy obłęd” nie figuruje w żadnym podręczniku lekarskim, a zatem nie ma potrzeby, aby tak poważnie podchodzić do tego problemu.

Tak czy inaczej, chciałbym na koniec zaznaczyć, że jednak gra w szachy, pomimo jej wspaniałych zalet, wpłynęła w mniejszym lub większym stopniu na kariery niektórych geniuszy – patrz część 1 – ale to już jest tylko i wyłącznie moje stanowisko.

Tak właściwie, to dziwactwach, szaleństwach, odstępstwach od normy, obsesjach i natręctwach Bobby’ego Fischera można poświęcić osobny artykuł, ale… to już zupełnie inna historia.

5 Komentarze

  1. Warto pisać o wielkich ludziach królewskiej gry, także o takich zagrożeniach dla psychiki, szachy to magia która może wielu wprowadzić w stan „innej świadomości”. Dziękuję za ten tekst

  2. Tak, o szachowej świadomości oraz podświadomości, czyli o tym co się dzieje w umyśle szachisty, Zygmunt Freud napisałby zapewne nie jedną książkę

  3. O niektórych wspomnianych tutaj szachistach i poziomach gry w szachy (o poziomach szaleństwa) nie słyszałem. Spodziewam się trzeciej części – gdyż nie ma tutaj ani w pierwszej części niczego o Diemerze 🙂 i choćby jego zwariowanej partii (lub kompozycji?) gdzie prawie przez całą grę aż do zwycięstwa poruszał się tylko pionkami 🙂

  4. Podobne historie szaleństwa przydarzały się matematykom pracujących nad teoriami liczb, zwłaszcza kategoryzowaniu liczb pierwszych :). Jak ktoś liczy na to że będzie grał idealnie w szachy to niech się lepiej przygotuje psychicznie na mnóstwo dołujących remisów 🙂

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.


*