Garri Kasparow: furia mistrza świata (część 1)

Garri Kasparow pochyla się nad szachownicą Roberta Ciemniaka; na prawo od Roberta – Piotr Murdzia / fot. z archiwum mm. Andrzeja Filipowicza

Garri Kasparow był jednym z bohaterów mojego dzieciństwa i wczesnej młodości. Spośród szachistów wyżej stał tylko Robert Fischer, ale w latach 80. mogliśmy smakować wyłącznie jego historyczne partie, bowiem – jak ogólnie wiadomo – Amerykanin zakończył swoją karierę po zwycięskim meczu o mistrzostwo świata z Borysem Spasskim w 1972 r. Potem był jeszcze mecz rewanżowy, rozegrany dwadzieścia lat później, ale – choć Fischer znowu wygrał i błysnął ułamkiem dawnej siły – ponownie opuścił scenę szachową, tym razem na zawsze.

A tymczasem – w trakcie panowania Anatolija Karpowa (mistrz świata w latach 1975 – 1985) – wyrosła nowa gwiazda w osobie Garriego Kasparowa. W PRL prawie wszyscy trzymali za niego kciuki, bo Karpow uchodził za wzorcowego „człowieka radzieckiego”, a młody Kasparow miał reputację buntownika. Dlatego też, kiedy ten drugi strącił z tronu pierwszego, większość szachistów przyjęła to z radością.

Ciskając grom po gromie…

Nie bez znaczenia był też styl Garriego – naznaczony miażdżącymi nowinkami w debiucie i błyskotliwymi ofiarami w grze środkowej. Kiedy myślę o Kasparowie z tamtych lat – a także o Fischerze z lat wcześniejszych – od razu przypominają się kawałki Pana Tadeusza, dotyczące Cesarza Francuzów. O tym, jak „ów mąż, bóg wojny/ otoczon chmurą pułków, tysiącem dział zbrojny”, rozbijał się po całym świecie, „ciskając grom po gromie”. Przygarść takich gromów dosięgnęła arcymistrza Tony’ego Milesa, który – po wtopieniu z Kasparowem meczu w stosunku 0,5-5,5 (pięć porażek i jeden remis) – powiedział, że spodziewał się spotkania z mistrzem świata, a przyszło mu grać z „potworem o tysiącu par oczu, który widzi wszystko”.

I tutaj przechodzimy do historyjki z mojego życia. Też miałem okazję zobaczyć Garriego Kasparowa rzucającego gromy, kiedy wziąłem udział w warszawskiej symultanie z mistrzem świata, rozegranej latem 1991 r. Głównym organizatorem tej imprezy był mój trener, pan Anatol Łokasto. Zamysł był taki, że prawo do udziału w symultanie dostała kadra juniorów Polski oraz najlepsi juniorzy z Warszawy (załapałem się do tej drugiej grupy). Dokooptowano też grupkę ważnych i mniej ważnych osobistości, w tym Adama Glapińskiego, dzisiejszego szefa NBP, który wtedy był ministrem budownictwa. W sumie – poza samym Kasparowem oraz kibicami – w imprezie wzięło udział 25 osób.

Pierwsza anegdota z tego wydarzenia dotyczy jego promocji. Pan Łokasto zainteresował symultaną lokalną warszawską telewizję, a następnie przeprowadził łapankę chętnych do występu w krótkim materiale filmowym, który miał tę imprezę zapowiadać. W ramach łapanki ściągnął mnie oraz późniejszego mistrza Europy Bartłomieja Macieję.

Pierwszy sprawdzian, czyli debiut na wizji

Rozmawiał z nami pan Zieliński, doświadczony dziennikarz TVP (zapomniałem jego imienia, ale nie był to Sławomir Zieliński z Teleexpressu). W pierwszej kolejności zapytał mojego trenera, z jakiego powodu Garri Kasparow przyjechał do Warszawy. Pan Anatol, który zawsze miał tendencje do ogólnie lubianej, ułańskiej blagi, zajechał dziennikarza z flanki:
– To wizyta polityczna… Dzisiaj Kasparow ma spotkanie z premierem Bieleckim [Janem Krzysztofem – PK]…

Dziennikarz zrobił minę, jakby przegryzł cytrynę. Mógł sobie pomyśleć tak: mam wolną godzinkę, muszę – na szybko – zrobić materiał o ciekawostkach szachowych, a ten mi wyjeżdża ze sprawą wagi państwowej. Niech to diabli! Trzeba coś posprawdzać, może trochę popracować… Ale trafniejsza jest chyba interpretacja alternatywna: człowiek wiedział, że Kasparow nie jest figurą polityczną, jaką próbował być później, więc jeśli zaprosił go premier RP, to wyłącznie dlatego, że politycy lubią się spotykać z wybitnymi osobistościami – dla rozrywki lub dodania sobie splendoru. Więc teorię o „politycznej wizycie Kasparowa” włożył dziennikarz między bajki – bez zastanowienia. Odpowiedział coś w rodzaju:
– Proszę pana, bądźmy poważni!
Następnie wydusił z trenera informację, która bardziej pasowała do obrazka – że w Warszawie odbywają się mistrzostwa świata juniorów do lat 10, a wielki szachista został zaproszony jako gość honorowy. Przy okazji planuje wypad do śródmiejskiego Holiday Inn, gdzie rozegra symultanę…

W tym momencie pan Zieliński odetchnął z ulgą, bo dostał kawałek wiadomości, z którego mógł zrobić wprowadzenie do zapowiedzi imprezy. Następnie przeszedł do odpytywania nas, czyli młodych szachistów, czekających na pojedynek z mistrzem świata. Bartek miał niecałe 14. lat, a co za tym idzie, jego doświadczenie w zakresie występów publicznych czy telewizyjnych było zerowe. Dlatego na mocnej tremie wyrzucił z siebie nietelewizyjny pisk ze słowami: „wygrać by się chciało…”. Zrobił przy tym śmieszną minę Jasia-marzyciela, który prosi o gwiazdkę z nieba.

Bartłomiej Macieja, współtowarzysz promocyjnej niedoli (zdjęcie współczesne) / fot. Sylwia Rudolf

Wiara w siebie na pół gwizdka

Ja byłem po maturze, dostałem się właśnie na studia, więc starałem się wypaść „poważniej”. Byłem przy tym naładowany frazesami o wierze w sukces, która przenosi góry, więc sprzedawałem głodne kawałki o tym, że partia z mistrzem świata to dla nas wielka szansa. Popełniłem przy tym jakiś słowny kiks, który próbowałem zamaskować, co udało się tylko połowicznie. Wyszło zatem kiepsko i – rzecz jasna – nikt tego nie retuszował, ani też nie fatygował się, by nagrać moje mądrości po raz drugi.

A przyczyna kiksu była prosta. Jak pisał Wincenty Krasiński, „przez ciebie płynie strumień piękności, ale ty nie jesteś pięknością” – w głębi serca nie wierzyłem, że mam jakiekolwiek szanse na pokonanie Kasparowa, nawet w symultanie, w której mistrz świata ma walczyć z dwudziestkąpiątką graczy na raz. Dlatego klepałem komunały bez żadnego przekonania, co nie mogło wypaść wiarygodnie. W istocie, moja ówczesna kariera szachowa zmierzała do końca. Zacząłem się interesować zupełnie innymi sprawami i grałem w zawodach siłą rozpędu. Po ostrych batach, jakie dostałem w turniejach następnego roku, rzuciłem ten sport na 8 lat – z pożytkiem dla siebie i sportu. Zrobiłem to zbyt późno, więc agonia przedłużającej się kariery juniorskiej była przykra i żenująca. Za to powrót po latach – wyjątkowo miły.

A gdzie tu furia Garriego Kasparowa? – O tym w następnym odcinku 😊

Piotr Kaim – mistrz krajowy oraz instruktor; prowadzę szachowe zajęcia online – indywidualnie i w grupach;

kontakt: piotrkaim@op.pl oraz www.facebook.com/Piotr-Kaim-Online-Chess-Lessons-109047187304130

 

3 Komentarze

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.


*