Michał Fudalej: „Musimy w końcu wyjść z XX wieku”. Wywiad z kandydatem na Prezesa PZSzach

Wybory na stanowisko Prezesa Polskiego Związku Szachowego odbędą się już za cztery dni. Delegaci Wojewódzkich Związków Szachowych będą mogli oddać głos na jednego z trzech kandydatów: Michała Fudaleja, Pawła Flisa lub Pawła Zaskalskiego. Redakcja Infoszach zwróciła się z prośbą o wywiad do całej trójki. Paweł Zaskalski odmówił, jako powód podając obowiązki organizacyjne i krótki czas do Walnego Zgromadzenia, a rozmowa z Pawłem Flisem odbyła się, jednak z powodu awarii sprzętu nagrywającego, nie jesteśmy w stanie opublikować zapisu wywiadu.

Poniżej zapraszamy do lektury wywiadu z Michałem Fudalejem, w którym przybliża on swoją wizję funkcjonowania związku.

Szymon Skurniak (Infoszach): Może zacznijmy od 2 słów o Tobie – co Cię skłoniło do kandydowania w wyborach na prezesa PZSzach?

Michał Fudalej (Kandydat na Prezesa PZSzach): Jestem mistrzem FIDE, sędzią i instruktorem szachowym. Tę działalność związaną z szachami trochę zarzuciłem na rzecz pracy zaraz po ukończeniu studiów. Zająłem się biznesem i wróciłem do szachów po pandemii. Wtedy zacząłem ponownie jeździć na ligi i grać nieco więcej. Projektowałem i produkowałem szachy, powoli, z sukcesami. Zacząłem się interesować tym, co dzieje się w związku oraz u moich znajomych. Rozmawialiśmy o sytuacji w tej dyscyplinie w kuluarach. Widziałem rzeczy, które ewidentnie nadają się do poprawy. Dużo dyskutowaliśmy i w tym momencie dostałem propozycję: czy nie chciałbym się w to zaangażować mocniej? Myślałem, że będę miał na to czas. Najpierw chciałem zbudować program, popytać ludzi, porozmawiać z rodziną. I nagle, z tydzień czy dwa tygodnie temu okazało się, że zamiast we wrześniu, jak wszyscy się spodziewaliśmy, wybory są za niecałe trzy tygodnie.

Zgodnie z literą prawa wszystko się zgadza, ale w praktyce oczekiwania potencjalnych kandydatów co do terminu tych wyborów były trochę inne.

Chcieliśmy – i myślę, że nie tylko osoby, z którymi rozmawiałem, ale większość środowiska – przygotować program, pomysły, podejść do tego merytorycznie i rzeczowo. Coś zaproponować, pewnie coś skrytykować, a przede wszystkim rozpocząć dyskusję, której mi strasznie brakuje. To jest chyba rzecz, której brakuje mi najbardziej – kompletnie nie ma u nas rozmowy o szachach. Jest albo pełen zachwyt, albo całkowita krytyka – i nagle okazało się, że nie ma na to specjalnie czasu, bo już są wybory.

Michał Fudalej z trofeum z czasów kariery juniorskiej. Fot.: ChessboArt

Rozmowa o szachach jest na pewno bardzo potrzebna, ale problemem jest brak przestrzeni do niej. Zasadniczo wszystkie rozmowy, o których wspominasz, odbywają się w kuluarach. Wygląda to tak, że jedna strona dyskutuje we własnym środowisku, druga we własnym, a kiedy dochodzi do konfrontacji w mediach społecznościowych, przybiera to formę ataków – że jedni zrobili coś super, a drudzy beznadziejnie. Tak niestety wygląda wymiana informacji w środowisku szachowym.

To w ogóle nie jest dyskusja. Od dawna nie widziałem jakiejkolwiek merytorycznej dyskusji na żaden temat.

Zgadzam się.

Nawet w kuluarach tej dyskusji jest mało. Pojawia się za to dużo plotek i niesprawdzonych, nieweryfikowalnych informacji. Chciałoby się, aby rozmów o tym, co można zrobić lepiej, było więcej. Żeby uwag o poprawie czegoś druga strona nie traktowała jako ataku, ale na przykład jako próbę aktywizacji i wciągnięcia w temat. Mamy przecież duże środowisko kompetentnych ludzi.

Widzę to po moich kolegach i znajomych – to osoby, które odniosły sukcesy w swoich branżach, a tutaj są uciszane. To ewenement.

W swoim środowisku zawodowym nigdy nie spotkały się z tym, żeby ktoś podchodził do nich z lekceważeniem. Jak ja mam ponad 40 lat i ktoś próbuje mnie uciszyć jak dziesięciolatka, to budzi to wewnętrzny sprzeciw, chociażby ze względu na standardy. Przecież nie tak to powinno wyglądać.

Miałeś jakieś sytuacje związane z uciszaniem po tym, jak ogłosiłeś swoją kandydaturę w wyborach?

Nie, po tym, jak ogłosiłem swoją kandydaturę do wyborów nie miałem. Właściwie to już nawet wcześniej zauważyłem tendencję w internecie, że jeżeli ja coś publikuję albo publikuje coś opozycja w stosunku do obecnego zarządu to nie ma dyskusji. Skądinąd wiem, że lajki i komentarze są monitorowane. Przydarzył mi się wręcz absurdalny przypadek po moim komentarzu odnośnie Zbigniewa Paklezy i YouTube’a.

Pojechałem na turniej, wyciągnięto mnie na scenę, dano mikrofon, bym powiedział kilka zdań i skomplementowano moje szachy. A w internecie te same osoby w tym samym temacie siedziały cicho, bo po prostu bały się reakcji.

To jedna z rzeczy, które najbardziej chciałbym zmienić. Żebyśmy mogli rozmawiać. Nie chodzi o to, by kogokolwiek personalnie atakować, ale żebyśmy o konkretnych problemach mogli merytorycznie podyskutować, nawet jeśli się nie zgadzamy.

Michał Fudalej i Magnus Carlsen podczas symultany w trakcie Grand Chess Tour Warszawa 2023. Fot.: ChessboArt

Czytając twój program, miałem odczucie, że to bardzo ważny aspekt twojej kandydatury. Jeden z filarów twojego programu to właśnie otwartość. W jaki sposób chciałbyś ją wprowadzić w związku, żeby rzeczywiście zagościła w polskich szachach?

Mam wrażenie, że taka otwartość jest w społeczeństwie ogólnie obecna i umiemy rozmawiać. Wszystkie osoby, z którymi spotykam się w życiu prywatnym czy biznesie, nie mają problemu, żeby przy stole porozmawiać o kontrowersyjnych sprawach. Najbardziej dzieli Polaków polityka, a mimo to można się spotkać, różnić się i normalnie porozmawiać. Kompletnie nie rozumiem, co się stało w świecie polskich szachów, że tu nie ma tej dyskusji. Chyba trzeba ośmielić pewną grupę ludzi.

W jaki sposób?

Trzeba stworzyć grupę, która będzie otwarcie dyskutowała. Pokazać, że od wyrażania opinii nic złego nam się nie stanie. Należy po prostu zacząć rozmawiać, pokazać, że ktoś się z nami zgadza albo nie. A nie tak, że mamy całą Polskę podzieloną, a teraz jeszcze szachy. To jest dziwne, wręcz głupie.

Wydaje mi się, że część tych napięć może wynikać z braku oparcia w konkretnych danych. Jeśli już dochodzi do dyskusji, to wszystko opiera się na opiniach: „zrobili to dobrze” albo „zrobili to źle”. Brakuje obiektywnych punktów odniesienia. Mało jest publicznie dostępnych, zagregowanych danych, choćby takich jak wysokość nagród z Ekstraligi za ostatnie 20 lat. Pewnie da się je znaleźć, ale trzeba by za każdym razem szukać ich jednorazowo. W przypadku np. piłki nożnej taką rolę w dyskusji pełnią media. Ponieważ to się „klika”, dziennikarze agregują dane, piszą podsumowania i dzielą się opiniami. W szachach brakuje nam tego czynnika, który stymulowałby dyskusję na podstawie obiektywnych faktów.

Mi się wydaje, że to jest dużo prostsze. Właściwie jestem tego niemal pewny, ponieważ możemy spojrzeć na podstawie 2 prostych eksperymentów – oceńmy mistrzostwa Europy, które odbyły się w Katowicach i oceńmy jakikolwiek turniej, który był organizowany przez zarząd. Efekt będzie taki, że albo nie będzie żadnych opinii, albo będą one skrajne. Nie będzie merytorycznej dyskusji. I to nie dlatego, że brakuje nam danych. Czy brakuje nam danych na temat pierwszej ligi? Nie. Wiemy, w jakim odbyła się hotelu, znamy poziom sportowy. Wiele tych danych jest. Jeśli chodzi o Mistrzostwa Europy, wiemy co się udało, a co nie. Ale Polski Związek Szachowy jakoś delikatnie mówiąc nie pęka z dumy, że mieliśmy takie mistrzostwa. Nie widziałem też pękania z dumy, gdy Jan-Krzysztof Duda zdobył Puchar Świata, gdy wszedł do pierwszej dziesiątki w Plebiscycie Przeglądu Sportowego, czy gdy nasze dziewczyny zdobyły medal na Mistrzostwach Europy. Zupełnie tego w mediach nie dostrzegłem. Mam wrażenie, że jeśli coś nie jest sukcesem konkretnej osoby z zarządu, to jest to przemilczane i zamiatane pod dywan. Nie ma dyskusji o bardzo prostych sprawach, jak organizacja mistrzostw dzieci do lat 8 czy 12. Więc o dyskusji na podstawie danych nie ma w ogóle mowy.

Rozumiem. Profesjonalizm i konstruktywna dyskusja są ze sobą mocno powiązane. W swoim programie wspominasz o jawności procedur i rozliczaniu efektów po zakończonych projektach – w domyśle mowa też o turniejach. Jak widziałbyś ten proces ewaluacji? Kto by jej dokonywał i jakie byłyby potencjalne reperkusje dla organizatorów, którzy nie spełniliby wymaganych standardów?

Myślę, że jako związek i jako organizacja powinniśmy po prostu zacząć zbierać dane na temat naszych odbiorców i efektów naszej pracy. Inaczej albo będziemy w pełni zadowoleni ze wszystkiego, albo będziemy ganić wszystko dookoła, nie mając ku temu żadnych podstaw. Weźmy chociażby program „Edukacja przez Szachy w Szkole”. To bez wątpienia fenomenalny projekt i świetnie, że organizuje go PZSzach. Ostatnio szukałem o nim informacji. Przecież to program całkowicie policzalny: wiadomo, jakie to są szkoły, z jakich województw, kiedy dołączyły, czy kontynuowały naukę. To kopalnia wiedzy, która mogłaby posłużyć pod projekty badawcze, czy prace magisterskie i doktorskie. Tymczasem na stronie programu podane są tylko dwie, zaokrąglone i nieaktualne liczby o liczbie szkół i dzieci. To projekt obejmujący ponad 100 tysięcy dzieci rocznie i 1500 szkół. Podawanie dwóch cyfr w jednym zdaniu to marnotrawstwo potencjału.

Aż się prosi o jakiś raport.

O cokolwiek się prosi! Przypuszczam, że te raporty gdzieś lądują w Ministerstwie, coś musi być. Ale skoro ja, przeszukując internet wzdłuż i wszerz, nie mogłem znaleźć aktualnych informacji i musiałem chwycić za telefon, by się czegoś dowiedzieć, to jest problem. Nawet osoby współpracujące przy programie przyznają, że dane na stronach są nieaktualne. To są podstawowe elementy. Jeżeli zawodzimy w tak prostych sprawach, to ciężko, aby nasza dyscyplina wyglądała wiarygodnie z zewnątrz. Mamy gotowe rozwiązania i projekty, które działają i odnoszą sukcesy, a nie potrafimy się tym odpowiednio zaopiekować informacyjnie.

Fragment strony internetowej programu 'Edukacja przez Szachy w Szkole’. Widoczny na górze kod źródłowy (PHP) wskazuje na poważną lukę bezpieczeństwa i prawdopodobny atak hakerski na infrastrukturę PZSzach.

Zgadzam się z tobą. To, co robimy, powinno być przede wszystkim bardziej widoczne, żeby przyciągać nie tylko media, ale też sponsorów. Mając na uwadze specyfikę naszej dyscypliny, w jaki sposób chciałbyś przyciągać sponsorów? O czym wspominasz w swoim programie, żeby czuli realny ekwiwalent i korzyść ze współpracy z szachami? Jak chciałbyś ich przyciągnąć do Polskiego Związku Szachowego?

Zabrzmi to pewnie banalnie, ale rozmawiając z biznesem czy sponsorem, trzeba mieć po swojej stronie odpowiedni zespół. Wiarygodnych i kompetentnych ludzi, z którymi sponsor w ogóle zechce rozmawiać. To podstawa, żeby móc obsłużyć partnera, dostarczyć mu wartość i przekonać go, że traktujemy współpracę poważnie. Sponsor nie ma tylko jednorazowo wyłożyć pieniędzy; ta relacja ma przynosić nam w kolejnych latach następnych partnerów. Mamy masę rozwiązań sponsorskich, choćby ligi dziecięce, które kosztują duże pieniądze, a nie mają sponsorów tytularnych. Dam ci prosty przykład. Kiedyś z ramienia mojej niewielkiej firmy chciałem wykupić baner na stronie PZSzach. To była droga przez mękę. Nie wiem, czy byłem za mały, niewiarygodny, czy komuś się nie opłacało – było z tym tyle zachodu. Związek nie potrafił obsłużyć mojej chęci zakupu reklamy. Koniec końców odesłano mnie do oficjalnego cennika. Tak dzisiaj rynek nie działa.

Obsługa klienta w tym wypadku jest bardzo ważna.

A co więcej, miałem tam kontakty i znałem tych ludzi. Ktoś z zewnątrz nie wykonałby drugiego, trzeciego czy czwartego telefonu, odbiwszy się od ściany. Ja miałem determinację, bo spinało mi się to biznesowo. Ale gdy zobaczyłem oficjalny cennik, który nawet nie stał obok stawek rynkowych i był skrajnie zawyżony, to zrezygnowałem. Po prostu trzeba się tym zająć profesjonalnie.

Widziałbyś w takim razie utworzenie specjalnego zespołu, który zajmowałby się nie tylko pozyskiwaniem sponsorów, ale też przeprowadzaniem ich przez cały ten proces? Mam na myśli obsługę od zostania sponsorem tytularnym, przez wykupienie baneru, długoterminową współpracę ze związkiem, aż po na przykład szkolenia szachowe dla pracowników danej firmy.

Najpierw trzeba mieć na to pomysł i wypracować model. Tego nie da się autorytatywnie narzucić już teraz bez zbadania tematu. Są różne modele działania – na przykład niemiecka federacja szachowa sprzedaje na swojej platformie pakiety dające możliwość dotarcia do konkretnej bazy szachistów. Różne związki wypracowały różne metody i trzeba to przeanalizować.

Punktem wyjścia powinno być powołanie kompetentnego zespołu. Ludzi, którzy znają się na sprzedaży i umieją rozmawiać z biznesem. Kiedyś za kadencji byłego prezesa Tomasza Sielickiego działało to świetnie – on potrafił namówić sponsorów do zaangażowania w szachy, bo sam był wiarygodny.

Wiarygodność to podstawa, następnie potrzebny jest pomysł, a potem konsekwentna realizacja.

Wiarygodność to podstawa – to wydaje się bardzo ważnym hasłem i fundamentem działania związku szachowego.

Ale to dotyczy każdego projektu i biznesu, z jakim miałem do czynienia. Wszystko zaczyna się od ludzi kompetentnych i godnych zaufania. To oni pracują na sukces. Organizacja nie „jedzie” sama z siebie; na właściwych miejscach muszą być właściwe osoby.

Wspominałeś o niemieckiej federacji szachowej. Czy już na etapie planowania swojej kandydatury analizowałeś funkcjonowanie innych związków szachowych w Europie, by lepiej przygotować swój program?

Tak, robiliśmy research. Sprawdzaliśmy, skąd biorą finansowanie, jak silna jest nasza dyscyplina na tle innych. Modele są różne, ale na podstawie dostępnych informacji widać jedno: Polski Związek Szachowy na tle europejskich federacji pozyskuje skrajnie mało środków ze źródeł zewnętrznych. Opanowaliśmy za to do perfekcji pozyskiwanie środków z budżetu państwa oraz opłat od zawodników i klubów. Sponsoring w PZSzach to, według dostępnych danych, zaledwie od 2,8% do 4% rocznego budżetu, z czego i tak większość pochodzi od spółek Skarbu Państwa. Dawno nie słyszałem, by w związek angażowały się prywatne podmioty. Baza jest bardzo niska, a potencjał naszej dyscypliny przeogromny. Słyszałem kiedyś określenie, że szachy to dyscyplina, na której wizerunku nie można przegrać. Kluby piłkarskie mają antyfanów, niektóre sporty budzą kontrowersje. A szachy mają doskonałą percepcję w społeczeństwie, chętnie używa się ich w reklamach i marketingu. Do tego nie są tak kapitałochłonne na poziomie podstawowym. Powinniśmy czerpać z tego garściami.

Wizerunek firmy wspierającej szachy kojarzy się ze strategią i inteligencją, a tak właśnie większość biznesów chciałaby być pozycjonowana na rynku.

Może nie wszyscy, ale jest ogromna grupa firm, które cenią sobie taki wizerunek i chciałyby się przy nas „ogrzać”. Wiele z nich wykorzystuje już motyw szachów we własnych reklamach. A pomyśl, jak świetnie działa wizerunek wspierania dzieci grających w szachy. Zresztą, mamy prywatnego sponsora z polskim kapitałem – firmę Mokate – która mocno angażuje się w projekty i wychodzi to fenomenalnie. Mam nadzieję, że to nie wyłącznie pasja Prezesa do naszej dyscypliny ale również pewne szacunki w samej firmie Mokate.

Michał Fudalej i Judit Polgar. Fot.: ChessboArt

Właśnie chciałem nawiązać do firmy Mokate. Na przykładzie letnich festiwali w Ustroniu organizowanych przy ich wsparciu widać, że są prywatne firmy z polskim kapitałem i tradycjami, które chcą inwestować w szachy. Tyle tylko, że angażują się one w turnieje prywatne, a nie te organizowane przez PZSzach.

I tak pozostanie jeszcze długo, dopóki z Polskiego Związku Szachowego nie zacznie płynąć pozytywna komunikacja. Jeśli nie wypracujemy wizerunku organizacji, którą warto wspierać, która jest nowoczesna i świetnie promuje szachy, oraz jeśli nie będziemy minimalizować ryzyk wizerunkowych dla sponsorów – nic się nie zmieni. Biznes zwraca uwagę na takie rzeczy. Musimy spojrzeć na to z ich perspektywy: co im się opłaca. Jeden będzie chciał wesprzeć projekt dziecięcy, inny turniej profesjonalny, kolejny szachy kobiece albo szachy dla niepełnosprawnych. Mamy do zaoferowania tyle opcji, w tym chociażby ligi biznesowe. Jesteśmy w stanie obsłużyć każdą firmę tak, żeby była zadowolona z inwestycji. Trzeba się zastanowić, jak to sprzedać i kto ma to robić.

Mam do ciebie jeszcze pytanie odnośnie technologii, powoli kończąc naszą ciekawą rozmowę. Wspominasz w programie o potrzebie cyfryzacji: modernizacji ChessArbitra, wprowadzeniu e-doręczeń. To wszystko brzmi świetnie, ale jak to sfinansować? Rozmawialiśmy o sponsoringu, ale horyzont czasowy wdrażania takich systemów informatycznych bywa długi. Kiedy realnie chciałbyś to wdrożyć? W jakich etapach i ramach czasowych widziałbyś taką modernizację infrastruktury związku?

To jest trochę smutne i śmieszne zarazem, bo o tym, że zmiana infrastruktury informatycznej jest niezbędna, pisał w swoim programie Radosław Jedynak osiem lat temu.

Też zauważyłem to podobieństwo.

Kiedy pisałem swój program – a miałem mało czasu – to aż się zastanawiałem, czy po prostu go nie skopiować! Było tam mnóstwo mądrych postulatów, z których tak niewiele zrealizowano, że śmiało można by je ponownie ogłosić. Uznałem jednak, że dopiszę rzeczy z dzisiejszej perspektywy nieco ważniejsze. Wracając do IT: do cyfryzacji związku trzeba podejść tak jak w każdej firmie. Utrzymywanie papierowego, ręcznego obiegu dokumentów jest dziś skrajnie nieefektywne, zabiera czas i pieniądze. Oczywiście pewne środki będziemy musieli w to zainwestować. Ale co ciekawe, po ogłoszeniu mojej kandydatury odezwało się do mnie wiele osób ze środowiska szachowego pracujących w IT. Oferowali pomoc – że mogą napisać program, coś wdrożyć, bo przecież dzisiaj kodowanie jest dużo prostsze. Większość moich znajomych szachowych pracuje właśnie w IT. To irytujące, że korespondencję do Polskiego Związku Szachowego wciąż muszę wysyłać listem poleconym, bo nie ma innej drogi. Powinniśmy wykorzystać potencjał naszej społeczności – padł nawet pomysł zorganizowania szachowego hackathonu.

Jeśli zdefiniujemy co i jak chcemy stworzyć, możemy podzielić projekt na mniejsze elementy i zaangażować konkretne zespoły z branży. Sukcesywnie, krok po kroku da się to zrobić, tylko musimy w końcu zacząć działać, by wyjść z XX wieku.